RSS
sobota, 04 grudnia 2010
Byli sobie chłopcy ....

"Był sobie Chłopiec" - Nick Hornby




Był sobie chłopiec 12sto latek imieniem Marcus.  Od niedawna mieszkał w Londynie wraz ze swoją mamą. Rodzice rozwiedli się.  Nie przejmował się ani swoim wyglądem, ani faktem, że w szkole nie bardzo jest akceptowany przez rówieśników. Starał się żyć z dnia na dzień nie wchodząc nikomu w drogę.

Był sobie też drugi chłopiec nieco starszy 36letni Will. Prowadził on dość beztroskie życie, nie pracował bo nie musiał (pieniążki od tatusia procentowały), lubił kobiety, dostatnie życie i seks. Spotykał się to z jedną to z drugą kobietą posuwając się do przeróżnych sztuczek aby tylko je na chwilkę uwieść.

Ci dawaj Chłopcy pozornie nie powinni mieć ze sobą nic wspólnego bo: różnica wieku jest kolosalna, mama Marcusa wcale nie zakochała się w Willu ani Will w niej, teoretycznie nic nie miało prawa ich połączyć. Przyznaje się, ja myślałam, że rozwinie się piękna historia miłosna w wyniku której Marcus będzie miał nowego tatę i zawieje doskonałym banałem, po którym odłożę książkę z niesmakiem. Nie! Na szczęście tak się nie stało. Powoli, aczkolwiek skutecznie i w wyniku różnych dziwnych zdarzeń np. próba samobójcza Fiony (mama Marcusa) dwaj panowie zaprzyjaźniają się ze sobą. Ta znajomość niby bardzo niepozornie i niby tak przy okazji uczy obydwu Chłopców jak naprawdę smakuje życie, jak powinni się w nim znaleźć, jakie błędy do tej pory popełniali i jak unikać kolejnych.

Drodzy Czytelnicy mam nadzieję, że nie wielu z Was wie jak smakuje życie z marzeniami o ojcu doskonałym lub byle jakim, byle by był. Ja niestety wiem ... ja marzyłam o byle jakim.  Może dlatego tak bardzo rozumiałam 12sto latka, którego ojciec żył w przeciwieństwie do mojego, ale za przeproszeniem miał daleko gdzieś swojego syna. To nie jest proste dla dzieciaka zmagać się z codziennymi problemami z głową nabitą tysiącem myśli, marzeń i pytań. Marcusowi życie postanowiło pomóc, postawiło na Jego drodze dziwnego Faceta, który w gruncie rzeczy także potrzebował pomocy. Zadziałało tutaj doskonale zjawisko symbiozy, dzięki któremu obydwaj nauczyli się prawdziwego życia. Nie wszyscy mają takie szczęście.

Książka napisana w rewelacyjny sposób, dzięki któremu czytelnik zapomina, że czyta o dość ważnych problemach. Sporo angielskiego humoru. Ironia łączy się z dość wnikliwą obserwacją co w rezultacie daje miły do spożycia wyrób końcowy, taki do poczytania na kanapie przy kubku kawy lub herbaty. Połyka się go bardzo szybko, w całości, znieczulenie nie jest potrzebny, pozostawia po sobie delikatny ślad bez rysek i zadrapań.

09:49, tajemnica33
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 grudnia 2010
Warcząco
Chodzę i warczę sama nie wiem dlaczego. Zasypało mnie śniegiem na maxa, Młody z katarem siedzi w domu, nie poszedł do szkoły, pies wbity w kaloryfer udaje, że nie żyje. Od rana próbowałam odkopać nas co nieco spod "przepięknej białej kołderki" a około południa było już widać, że przynajmniej próbowałam. Wszystko dziś przeciwko mnie. Na pocieszenie wybrałam się przy okazji zakupów do miejscowej księgarni (jedyna na całe moje wielkie miasto), wkurzyłam się jeszcze bardziej no po prostu NIC! Pchana dalej wolą "zrobienia sobie dobrze" dotarłam do biblioteki, już przy drzwiach pojawił się uśmiech, w chwili gdy poczułam ten wszechogarniający mnie zapach książek .... oparłam się o ścianę i stałam chwilkę w ciszy .... a tu nagle
- "Coś się Pani stało?" - usłyszałam i szybko otworzyłam oczy
- "Mnie????" zapytałam z wielkim zdziwieniem
- "No tak" - odpowiedziała miła Pani
- "Nie, nie, ja tylko wącham" - uśmiechnęłam się i poszłam w kierunku drzwi z napisem "Wypożyczalnia dla dorosłych"

Zdjęłam czapę, rozpięłam kurtkę i zapytałam Panią czy ja mogę sobie pospacerować miedzy pólkami i coś wybrać? Zazwyczaj to panie Bibliotekarki podają, nie wolno u nas łazić między książkami. Pozwalają mi jak nie ma ludzi, a jeśli są to ja wychodzę i wracam kiedy indziej, wtedy kiedy mogę dotykać, czytać, spacerować i wąchać.

Wróciłam do domciu z uśmiechem na ustach i ze słodkim ciężarem w torebce :)

Od góry:

"Był sobie Chłopiec" - Nick Hornby 
Hiu Grant na okładce, nie mogłam odpuścić.

"Dziewczęta z Szanghaju" - Lisa See
Klimatycznie, po chińsku, w opisie zawarta jest informacja o sadze rodzinnej. Po krótkim namyśle, przygarnęłam.

"Wakacyjne przyjaciółki" - Luanne Rice
Skojarzyłam z moja przyjaciółką, której szalenie mi brakuje.

"Pokuta" - Ian McEwan
Od dawna na nią polowałam, sama nie wiem dlaczego. Mam wrażenie, że to będzie strasznie smutna książka.

"Obiad w restauracji dla samotnych" - Anne Tyler
Śmiałam się sama z siebie ale skojarzyłam z jakimś biurem matrymonialnym (działają jeszcze takie cuda?). Przeczytałam opis i postanowiłam zaryzykować, pomimo tego, że zupełnie mija się z moim wymysłem.

"Wzgórza Toskanii" - Ferenc Mate
Na okładce jest przepiękny widok i to bez śniegu!

Wzięłam się za "Był sobie chłopiec" jak na razie fajna :)



18:40, tajemnica33
Link Komentarze (9) »
środa, 01 grudnia 2010
Dziewczyna w złotych majtkach

„Dziewczyna w Złotych Majtkach” tytuł był dla mnie bardzo kuszący i nie mogłam się powstrzymać. Zachowywałam się jak typowy Facet patrzący na kawałek nagiego damskiego ciała z obślinionymi ustami. Juan Marse i ten tytuł napaliłam się przeokropnie i nie mogłam doczekać się, kiedy wreszcie zasmakuję tej cudowności.

Bez zbędnych wstępów na dzień dobry autor przedstawia nam Luys’a Forest’a dojrzałego faceta (wcale nie podstarzałego) , pisarza, żyjącego samotnie w swojej nadmorskiej posiadłości. Od razu byłam gotowa zakochać się w nim, chociażby za sam sposób bycia i życia. Totalnie niezależny, poświęcający się w pełni spisywaniu swojego zakręconego dotychczasowego życia, podobno to naturalne, że mężczyźni w pewnym wieku próbują zrobić z siebie macho, no cóż nigdy nie dowiem się, jak jest w rzeczywistości, ale nie mam nic przeciw. Dokładnie tak było z Forestem i wszystko byłoby zbyt nudne i banalne gdyby nie pewien nic nie zapowiadający dzień. Otóż owego dnia pojawia się Mariana, młoda dziewczyna, jeszcze bardziej niezależna niż swój wuj, szalona i maksymalnie wyzwolona, do bólu wręcz. Bardzo szybko Forest nawiązuje dziwny aczkolwiek miły kontakt z siostrzenicą, która zobowiązuje się pomóc wujowi w przepisywaniu jego życiowych wspomnień. No a jakżesz pomyślałam! Dobre sobie. Oj szybko pożałowałam swojej opinii i zaczęłam zazdrościć Marianie, wuja jej zazdrościłam i chyba tego wyzwolenia też i bezpruderyjności. Czytałam i oczy mi się rozszerzały, rozum krzyczał to nie jest możliwe! A serce z wielką melancholią szeptało oj głupi ty głupi oni po prostu żyją. Bywały momenty żenujące, ale na szczęście tylko chwilowo, bywały też momenty w których byłam zła na wuja i na siostrzenicę (bo to nie wypada!) ale najmilej wspominam momenty dzięki którym pojawiał się dreszczyk na plecach.

Tak trwałam sobie w tym ich pokręconym życiu, zapominając o mojej nudnej codzienności i chciałam jeszcze i jeszcze ale to co zrobił Marse ze mną na końcu książki to już był szczyt. Rzuciłam nią w kąt bo aż się przestraszyłam własnych podejrzeń. Myślałam, że zwariowałam podobnie jak para bohaterów, ale na szczęście tak źle nie jest (chyba). Moje przypuszczenia okazały się jak najbardziej podstawne i za to przyznaję autorowi 20 gwiazdek przy 10cio punktowej skali ocen. Brawo Panie Marse, po raz kolejny udowodnił mi Pan, że czytanie właśnie na tym polega, żeby wleźć z butami w życie bohaterów i żyć z nimi najdłużej jak się tylko da.

Gratulacje i podziękowania należą się także wydawnictwu Znak, za wspaniałą, piękna i klimatyczną okładkę, która nie pozwala ot tak po prostu przejść obok tej książki. Dodaje zawartości smaczku i pikanterii. I to zdjęcia Juan’a Marse’a na odwrocie no po postu bajka. Brawo!



Tagi: Marse
12:29, tajemnica33
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 listopada 2010
"Drink play f@#k"

Elizabeth Gilbert ... z pewnością wiele osób skojarzy od razu tytuł Jej książki „Jedź, módl się i kochaj”. Sporo sprzecznych opinii czytałam na temat owej pozycji i w końcu omamiona „empikową” reklamą przy tzw okazji kupiłam. Chciałam sama na własnej skórze i dzięki własnym, niestety już podwójnym oczom zasmakować podróży po 3 krajach. Fajnie było i nie żałuję,  miło spędziłam czas. Bez wielkich zachwytów i fascynacji, najnormalniej w świecie podobała mi się, tak jak ta torebka, którą wczoraj widziałam na wystawie sklepowej. Nie wpadłam jej od razu kupić, ale wzór i kolor krążą po głowie.

No ale teraz drodzy Odwiedzający mam niespodziankę, na rynku amerykańskim i polskim też pojawia się męska odpowiedź na wspomnianą przeze mnie książkę „Drink Play F@#k” autorstwa Andrew Gottlieb. Nie to nie ja powstawiałam te znaczki po literce F w tytule, tzn. ja, ale tylko dlatego, że dokładnie tak wygląda tytuł na okładce. Podobno żadne amerykańsko wydawnictwo, nie chciało wydrukować w pełni brzmiącego tego słowa na F, a niby taka tolerancja, wyzwolenie i te wszystkie inne modne słowa. No cóż, bajka o szczęściu w Ameryce chyba dawno się skończyłam więc dziwić się nikt nie będzie. W Polsce tytuł  brzmi „Pij, Graj i używaj” co oczywiście też nie zrobiło na mnie większego wrażenia, nie sądzę, żeby ktoś odważył się na oryginalne tłumaczenie.

Sam autor mówi tak „Moja książka to w 72% parodia „Jedz, módl się , kochaj”, 27% to spostrzeżenia, jak różnie mężczyźni i kobiety rozwiązują problemy, a 1 % to pomysł jak szybko zarobić niezłą kasę” – ciekawe prawda?

Książka podobnie jak ta od której wszystko się zaczęło jest podzielona na 3 części:

1 cześć to Dublin do którego bohater trafia by pozbyć się byłej żony z pamięci i poskładać złamane serce.  Na dzień dobry bohater wypija niewyobrażalną ilość alkoholu, mieszankę doskonałą:  guinness, irlandzka whiskey, bacardi brezerek i jeszcze wino. Nie, nie sam - ze studentką z Włoch, Ona wypiła to samo i w tej samej ilości „ w tym momencie to naprawdę loteria, kto na kogo pierwszy zwymiotuje”. Gottlieb nie szczędzi nam opisów kultury irlandzkiej podobnie jak Gilbert czyniło to z kultura włoską.

2 cześć to Las Vegas nie trudno zgadnąć zabawi się w kasynie i pogra co nieco aby filozoficznie porównać życie do koła ruletki, a siebie do piłeczki.

3 część to Tajlandia w której wreszcie Bob sobie odpocznie i to jak! Wg zapowiedzi to przy okazji tego odpoczynku my jako czytelnicy doczekamy się wreszcie okładkowego „f@#k” z córką ambasadora Indii w Japonii.

 

Nie zdradzę Wam reszty i  nie chcę też nic mówić o zakończeniu jakie zaserwuje nam Gottlieb, nie chce nikomu zabierać radości czytania. Sama niechcący się jej pozbawiłam bowiem artykuł dotyczący wspomnianej książki znalazłam w najnowszym wydaniu extra „Wysokich Obcasów”, uwielbiam, kocham i pożądam każdy zarówno sobotni jak i świętalny numer tej gazetki.





13:28, tajemnica33
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5